• Strona główna
  • Idea
  • Teksty
    • Ameryka Łacińska
    • Australia i Oceania
    • Azja
    • Europa
  • Wideo
    • Afryka
    • Ameryka Łacińska
    • Australia i Oceania
    • Azja
    • Europa
  • Autorki i autorzy
  • Edukacja
  • O nas
  • Kontakt
  • Tagi

    aktywizm architektura Bronisław Piłsudski Dagestan Dziedzictwo Folklor historia Indie jakucja Japonia jedzenie Kazań krajobraz Kuba miasto migracje Mniejszości Moskwa muzyka Nowa Kaledonia Pamięć performatywność podróż Pogranicze polityka Polska postkolonializm przestrzeń religia Rosja Rośliny rytuał Sacha Syberia szamanizm sztuka taniec tożsamość tradycja turysta turystyka Ukraina wielokulturowość ZSRR świętowanie
  • Strona główna
  • Idea
  • Teksty
    • Ameryka Łacińska
    • Australia i Oceania
    • Azja
    • Europa
  • Wideo
    • Afryka
    • Ameryka Łacińska
    • Australia i Oceania
    • Azja
    • Europa
  • Autorki i autorzy
  • Edukacja
  • O nas
  • Kontakt
Azja  / Teksty

Doświadczając Tajpej. Cztery kompetencje miasta


Michał Jan Grzegorzewski

Tajpej, stolica Tajwanu, rzadko poddaje się opisowi poprzez to, co widać z dystansu – panoramę, plan urbanistyczny, listę zabytków. To miasto, które trudniej oglądać, niż w nim być: jego specyfika ujawnia się dopiero w bezpośrednim, cielesnym kontakcie z ulicą, w powtarzalnych gestach, jakich uczy się każdy, kto zaczyna w nim funkcjonować.

Tajpej liczy niespełna 2,5 miliona mieszkańców, a cała aglomeracja obejmująca Nowe Tajpej i Keelung – ponad 8,5 miliona. Miasto leży w gęsto zabudowanej kotlinie otoczonej górami. Wilgotny klimat subtropikalny przynosi długie okresy upału, intensywne deszcze i regularne tajfuny, które od dawna wpływają na sposób budowania i używania ulicy. Sama tkanka miasta powstawała warstwowo: na starsze dzielnice chińskie i zabudowę z okresu japońskiego nałożyła się powojenna modernizacja, a później – współczesne wieżowce i infrastruktura metropolitalna. Te różne porządki istnieją dziś obok siebie i sprawiają, że Tajpej nie tyle podporządkowuje się jednemu planowi, ile wymaga nieustannego odczytywania sytuacji.

W tym eseju spoglądam na to miasto z perspektywy inspirowanej Antropologią codzienności Rocha Sulimy, polskiego antropologa, który pokazywał, że kulturę można odczytywać nie tylko poprzez wielkie wydarzenia i symbole, lecz także poprzez najzwyczajniejsze gesty, nawyki i sposoby używania przestrzeni. Rezygnuję zatem z narracji o mieście jako obiekcie i traktuję je jako zbiór praktyk, które trzeba opanować, by w nim swobodnie egzystować. Moja główna teza brzmi: Tajpej staje się rozpoznawalnym doświadczeniem poprzez zestaw drobnych kompetencji, których miasto uczy swoich użytkowników – jak przekraczać nieostre granice przestrzeni, jak poruszać się wśród innych, jak chronić ciało przed klimatem i jak pozostawać razem bez nadmiernego naruszania cudzej obecności. Te cztery umiejętności – czytanie progów, mikronawigacja w ruchu, negocjacja z klimatem oraz etykieta współobecności – nie są opisane w żadnym przewodniku, a jednak stanowią właściwy język, w jakim miasto komunikuje się ze swoimi mieszkańcami. To one, bardziej niż architektura czy historia, konstytuują Tajpej jako doświadczenie.

  1. Miasto progów – umiejętność rozpoznawania i negocjowania niejasnych granic między publicznym a prywatnym

Pierwszą kompetencją, jakiej Tajpej uczy, jest czytanie progów, które nie zostały nigdzie zapisane. Miasto nie operuje tu ostrą linią podziału na to, co prywatne, i to, co wspólne. Zamiast niej oferuje strefy przejściowe, w których oba porządki nachodzą na siebie i muszą być na bieżąco odczytywane przez ciało poruszające się w przestrzeni. Modelowym przykładem jest architektura qílóu (騎樓) – podcienia ciągnące się wzdłuż większości starszych ulic, będące własnością prywatną poszczególnych kamienic, a zarazem prawnie i zwyczajowo częścią chodnika. Nikt nie musi pytać o pozwolenie, by przejść przez czyjś „przedsionek”, ale też nikt nie traktuje go jako w pełni publicznego. Właściciel sklepu może w nim ustawić stragan, suszarkę na pranie, skuter czy ołtarzyk, a przechodzień musi nauczyć się lawirować między tymi śladami cudzej obecności, nie naruszając ich, choć formalnie stoi na „swoim” gruncie.

Tę logikę dobrze ilustruje scena spod jednego z takich podcieni: sprzedawczyni owoców rozkłada skrzynki z ananasami i smoczym owocem dokładnie na granicy swojego sklepu i chodnika, zajmując może metr przestrzeni, która formalnie należy do przechodniów. Nikt nie protestuje. Klienci automatycznie zwężają tor przejścia, omijając skrzynki łukiem, jednocześnie nie podchodząc na tyle blisko, by wejść „do środka” sklepu bez zamiaru kupowania. Gdy przyjeżdża dostawca z workami ryżu, na chwilę cały chodnik zamienia się w zaplecze magazynowe, a przechodnie bez słowa schodzą na jezdnię lub przechodzą przez sąsiedni qílóu, po czym scena wraca do poprzedniego układu. Granica została na te kilka minut przesunięta, a wszyscy uczestnicy tej improwizacji bez problemu to zrozumieli.

Nowo przybyły potyka się w sensie dosłownym: nie wie, gdzie zaczyna się przestrzeń, w której wypada zwolnić, zniżyć głos albo spojrzeć w bok, a gdzie może iść swobodnie. Mieszkaniec Tajpej tej wiedzy nie artykułuje; po prostu ją wykonuje w mikroskopijnych korektach trasy, tempa kroku, kierunku spojrzenia. Podobnie działa to wieczorem, gdy przed niewielkim sklepem spożywczym rodzina wystawia plastikowy stolik i taborety, je kolację, ogląda telewizję na tablecie opartym o skrzynkę z napojami. Przestrzeń ta jest technicznie chodnikiem miejskim, lecz w tej godzinie funkcjonuje jak przedłużenie salonu, z rytmem rozmów, zapachem jedzenia, poczuciem domowości. Przechodzień, który się tam znajdzie, często zwalnia, ścisza rozmowę przez telefon, unika patrzenia wprost na talerze. Jest świadom, że wszedł w strefę o innym reżimie uwagi niż reszta ulicy, mimo że żadna fizyczna bariera go nie ostrzegła. Gdy rodzina skończy jeść i zwinie stolik, przestrzeń w ciągu kilku minut znów będzie mieć status zwykłego chodnika, bez śladu, że przez godzinę pełniła zupełnie inną funkcję.

Podobną logikę progu odnajdujemy też w wejściach do sklepów i mieszkań, oznaczanych nie drzwiami, lecz zmianą poziomu podłogi czy kratką na buty –każdy przechodzący musi to rozpoznać bez słownej instrukcji. Dostrzeżenie progu jest tu warunkiem uczestnictwa: kto go nie widzi, ten się kompromituje, wchodząc w butach tam, gdzie należało je zdjąć, albo przystając w miejscu, które choć wygląda na chodnik, jest de facto czyimś warsztatem. Miasto progów nie jest więc chaosem, lecz systemem subtelnych sygnałów przestrzennych, których uczenie się nigdy całkowicie się nie kończy, bo każda ulica konfiguruje je nieco inaczej.

  1. Miasto ruchu – umiejętność mikronawigacji i synchronizacji z innymi

Na skrzyżowaniu w godzinach szczytu skutery nie ustawiają się w jednej linii. Wypełniają niemal każdą wolną przestrzeń między pojazdami, tworząc gęstą, nieregularną masę. Kiedy zapala się zielone światło, całość rusza niemal równocześnie i po kilku sekundach rozpada się na kilka strumieni jadących w różnych kierunkach. Z zewnątrz może wyglądać to jak chaos. Z bliska okazuje się raczej nieustannym dostrajaniem.

Tajpej wymaga bowiem od swoich użytkowników jeszcze jednej kompetencji: mikronawigacji, czyli ciągłego korygowania własnego ruchu względem ruchu innych. Chodnik, jezdnia i przestrzeń skuterów często znajdują się bardzo blisko siebie, a trajektoria przemieszczającego się ciała rzadko pozostaje całkowicie niezależna. Trzeba obserwować tempo innych, przewidywać ich kierunek i wykonywać drobne korekty, zanim pojawi się konieczność zatrzymania. Podobną synchronizację obserwować można na chodnikach wąskich uliczek starszych dzielnic. Dwoje pieszych idących naprzeciw siebie często nie zatrzymuje się ani nie ustępuje sobie miejsca w sposób demonstracyjny. Wystarcza niewielkie przesunięcie: jedno ciało trochę w lewo, drugie w prawo. Cała operacja trwa ułamek sekundy i zwykle nie wymaga słów ani nawet kontaktu wzrokowego. Tej umiejętności nie sposób nauczyć się z mapy. Kształtuje się ona na skutek tysięcy powtórzeń, dzięki którym użytkownik miasta zaczyna przewidywać ruch innych, zanim ten w pełni się ukształtuje.

Ta sama logika pojawia się w mniej oczywistych miejscach: między regałami convenience store’u, przy wejściu do windy, na schodach ruchomych, w przejściu podziemnym. Mikronawigacja nie jest więc tylko techniką przemieszczania się. Jest sposobem pozostawania wśród innych bez konieczności ciągłego negocjowania z nimi każdego kroku.

  1. Miasto klimatu i schronienia – deszcz, upał, convenience stores, podcienia

Deszcz w Tajpej rzadko całkowicie zatrzymuje ruch miasta. Częściej jedynie zmienia jego kierunek. Gdy spadają pierwsze krople, przechodnie przesuwają się bliżej linii budynków, wchodzą pod qílóu albo wybierają trasę, która pozwala jak najdłużej pozostać pod zadaszeniem. Jeśli ulewa się nasila, naturalnym punktem schronienia staje się jeden z licznych convenience stores, gdzie można przez chwilę przeczekać deszcz, ochłodzić się albo kupić parasol.

Klimat nie jest więc w Tajpej jedynie tłem codzienności, lecz jednym z czynników organizujących sposób poruszania się po mieście. Wilgoć, intensywne opady i letni upał wpływają na wybór trasy, tempo marszu oraz zważanie na miejsca, w których można zatrzymać się choćby na kilka minut. Z czasem człowiek zaczyna uwzględniać je niemal automatycznie, podobnie jak ruch uliczny czy układ skrzyżowań. Podcienia qílóu, wcześniej będące przestrzenią negocjacji między tym, co publiczne i prywatne, nabierają w tym kontekście dodatkowego znaczenia. Tworzą sieć zadaszonych odcinków ulicy, dzięki którym podczas deszczu można przemieszczać się bez całkowitej zmiany planów. Dla osoby dobrze znającej miasto nie są już jedynie elementem architektury, ale częścią praktycznej wiedzy o tym, którędy przejść, gdy pogoda nagle się zmieni.

Podobną rolę odgrywają convenience stores. Ich przeszklone fronty, intensywne oświetlenie i długie godziny otwarcia sprawiają, że łatwo rozpoznać je z daleka. Podczas ulewy mogą na kilka minut stać się schronieniem, latem zaś klimatyzowanym miejscem odpoczynku od upału. Ich znaczenie wykracza więc poza funkcję sklepu: są częścią infrastruktury codziennego komfortu.

W najgorętszych miesiącach ta sama logika działa w nieco inny sposób. Zamiast schronienia przed deszczem szuka się cienia rzucanego przez budynki, markizy i podcienia, a trasa spaceru nie zawsze prowadzi najkrótszą drogą. Niekiedy lepsza okazuje się ta, która pozwala przez większą część czasu skryć się przed słońcem. Z czasem do zwykłej znajomości ulic dochodzi więc jeszcze jedna warstwa orientacji w mieście: wiedza o tym, gdzie można schować się przed deszczem, gdzie znaleźć cień i gdzie na chwilę wejść do chłodnego wnętrza. Tajpej zaczyna być czytane nie tylko poprzez ulice i adresy, lecz także poprzez miejsca schronienia.

  1. Miasto współobecności – tłok, dyskrecja, kolejki, mikroetykieta

Tajpej wymaga jeszcze jednej umiejętności: pozostawania w bliskim, fizycznym sąsiedztwie dziesiątek obcych ludzi bez naruszania przy tym ich prywatności, choć żadna ściana ani dystans fizyczny tego nie gwarantują. Miasto o tak dużej gęstości zaludnienia nie mogłoby funkcjonować, gdyby jego mieszkańcy nie wypracowali zbioru niepisanych zasad dyskrecji – sposobu bycia razem, który minimalizuje wzajemne naruszanie przestrzeni osobistej mimo jej faktycznego braku.

Najwyraźniej widać to w metrze, gdzie tłok w godzinach szczytu zbliża do siebie ciała obcych ludzi bardziej, niż pozwalałaby na to jakakolwiek konwencja towarzyska, a mimo to panuje tam nienaturalna, niemal wyćwiczona cisza. Pasażerowie unikają kontaktu wzrokowego, ściszają głos, nie jedzą, nie rozmawiają głośno przez telefon. Każdy zachowuje się tak, jakby stwarzał wokół siebie niewidzialną, choć w rzeczywistości nieistniejącą strefę buforową. To paradoks współobecności: im mniej przestrzeni fizycznej pozostaje między ciałami, tym silniej działa dyscyplina uwagi, mająca zrekompensować ten brak.

Kolejki są kolejnym polem tej mikroetykiety. Przed windą, kasą w convenience store czy wejściem do metra kolejność oczekiwania jest zazwyczaj respektowana bez potrzeby bezpośredniego jej uzgadniania. Stojący w kolejce zapamiętują kolejność wejścia, spoglądając kątem oka, nie patrząc na siebie wprost, i respektują ją z dyscypliną, która wydaje się nieproporcjonalna do braku formalnego przymusu. To ta sama logika, która rządzi synchronizacją ruchu na skrzyżowaniu, tylko przeniesiona z przestrzeni poruszania się w przestrzeń oczekiwania.

Dyskrecja przejawia się też w drobnych gestach ciała: odwróceniu wzroku, gdy ktoś je posiłek na chodniku, przyciszeniu głosu przy stoliku sąsiadującym z innym stolikiem w zatłoczonej jadłodajni, pozostawieniu wolnego miejsca obok siebie na ławce w parku, choć nikt o to nie prosił. Żaden z tych gestów nie jest wymuszony prawem ani wskazówką. Wynika z milczącego założenia, że współobecność w gęsto zaludnionym mieście jest możliwa tylko wtedy, gdy każdy jego mieszkaniec nieustannie, choć niemal niezauważalnie, ustępuje innym mikroskopijnej ilości uwagi, głosu i przestrzeni.

Cztery opisane tu kompetencje – czytanie progów, mikronawigacja w ruchu, negocjacja z klimatem i etykieta współobecności – nie funkcjonują osobno. Splatają się w jedną, spójną umiejętność bycia w Tajpej, którą ciało nabywa stopniowo, bez formalnej nauki, poprzez samo poddanie się rytmowi ulicy. To właśnie ta jednoczesność, konieczność rozpoznawania granicy, dostrajania kroku do innych, monitorowania nieba i utrzymywania dyskretnego dystansu naraz, czyni z poruszania się po mieście złożoną, choć niewidoczną pracę percepcyjną. Sulimowska optyka antropologii codzienności okazuje się tu szczególnie trafna właśnie dlatego, że Tajpej nie daje się sprowadzić do reprezentacji: do zdjęcia, mapy czy opisu architektonicznego. Miasto to istnieje przede wszystkim jako suma wykonywanych gestów, powtarzanych tysiące razy przez miliony ciał, które nigdy nie zostały spisane w formie zasad, a mimo to są równie wiążące co prawo. Nowo przybyły odczuwa je jako opór: potknięcie o próg, zderzenie w tłumie, zaskoczenie ulewą, gest niezrozumianej dyskrecji. Mieszkaniec przestaje je zauważać, ponieważ stały się częścią jego cielesnej pamięci. Tajpej jako doświadczenie nie jest więc czymś, co się ogląda, lecz kompetencją, którą miasto egzekwuje milcząco, ale konsekwentnie od każdego, kto chce poruszać się w nim swobodnie, sprawnie i bez zakłócania jego codziennych rytmów.

Autor

Michał Jan Grzegorzewski

Adiunkt w International Program in Urban Governance na National Taipei University na Tajwanie. Specjalizuje się w badaniach nad przestrzenią miejską, relacjami człowiek–środowisko, odpornością miejską oraz społecznymi i psychologicznymi wymiarami przestrzeni. Prowadzi badania m.in. na Tajwanie, w Polsce i Azji Południowo-Wschodniej, łącząc perspektywę socjologiczną, antropologiczną i urbanistyczną. Jest autorem publikacji poświęconych współczesnym przemianom miast, migracji oraz codziennym praktykom życia miejskiego.


antropologia codzienności, antropologia miasta, kompetencje kulturowe, kultura niematerialna, rytuały, Tajwan
Share



organizatorfinansowaniepartnerzypatroni


Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki w ramach Programu Społeczna odpowiedzialność nauki II. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Dofinansowano z programu „Społeczna odpowiedzialność nauki” Ministra Edukacji i Nauki Zadanie publiczne pn. Podróże z antropologią dofinansowane ze środków z budżetu Województwa Mazowieckiego.


Serwis podroze.etnograficzna.pl używa informacji zapisanych za pomocą cookies w celu sporządzania statystyk dotyczących odwiedzin i przeglądania zawartości strony.